Wywiad z Justyną Śliwiak

Justyna Śliwiak ma 29 lat. Z zawodu jest lekarzem, obecnie w trakcie specjalizacji z dermatologii. Z zamiłowania biegaczką. 15 kwietnia 2018 roku była pierwszą kobietą na mecie Maratonu Gdańskiego. Trenuje pod okiem Dariusza Wieczorka. Opowie nam o tym jak wygląda jej droga do osiągania kolejnych sportowych sukcesów.

Jak zaczęła się Twoja biegowa przygoda?

– Moim marzeniem był zawsze maraton. Królewski dystans 42 km jak sama nazwa wskazuje wydawał mi się czymś niezwykłym i chciałam go osiągnąć. Do podjęcia decyzji o zmierzeniu się z maratonem zmobilizował mnie mój kuzyn. Kuba był zawsze typem „kanapowca” i raczej nie prezentował stylu życia maratończyków, aż pewnego dnia zobaczyłam, że przebiegł maraton i zrobił to w całkiem niezłym czasie. Wtedy pomyślałam, że muszę spróbować.

Co konkretnie w przebiegnięciu maratonu wydawało Ci się niezwykłe? Moment przekroczenia mety, zmierzenia się ze sobą, pokonania trudu?

– Dystans 42 km wydawał mi się początkowo straszny. Na pewno nie dla każdego. Chciałam po prostu tego dokonać. Przekroczyć linię mety i zobaczyć jakie to uczucie. No i zaczęłam. Przy pierwszym biegu złapała mnie kolka, więc przestałam. Później wyszłam drugi raz, pomyślałam, że jeszcze spróbuję. Biegłam około godziny, wtedy jeszcze bez zegarka, więc nawet nie wiedziałam jaki dystans przebiegłam, ale po sprawdzeniu na mapie okazało się, że jakieś 10-12 km. Następny bieg ponownie przysporzył mi problemu z kolką.

Kiedy nastąpił przełom?

– W 2015 roku skończyłam medycynę i wiedziałam, że czekają mnie już ostatnie tak długie w moim życiu wakacje. Powiedziałam sobie „teraz albo nigdy” i zapisałam się na obóz biegowy FMW Runners w Szklarskiej Porębie. Narzeczonemu motywowałam to w ten sposób, że może właśnie tam znajdę zapał do tego, żeby w końcu działać. Z jednej strony bardzo chciałam przebiec maraton, ale z drugiej krępowałam się treningów podczas których przyglądali mi się przechodnie. Obóz trwał tydzień. Uczestników podzielono na cztery grupy w zależności od poziomu zaawansowania w bieganiu. Po pierwszym luźnym biegu trafiłam do drugiej pod względem umiejętności grupy. Od razu wiedziałam, że to za wolno i że stać mnie na więcej. Następnego dnia przeskoczyłam do trzeciej grupy i tam biegało mi się świetnie. Trenerzy myśleli, że moja biegowa przygoda trwa już bardzo długo.

Można powiedzieć, że odkryłaś w sobie talent do biegania?

Tak, zdecydowanie.

Czy to był moment podjęcia decyzji o starcie w maratonie?

Pochwały trenerów dały mi dużego kopa, żeby wystartować. Postanowiłam się jednak poradzić czy w ciągu 2,5 miesiąca dam radę przygotować się do przebiegnięcia tego dystansu. No i zdania były podzielone. Jedni zachęcali, inni zalecali, żeby się wstrzymać i mierzyć z krótszymi dystansami. Po powrocie do domu podjęłam decyzję, że wystartuję. Znalazłam wtedy w internecie plan treningowy i zaczęłam zgodnie z nim trenować. Na początku trzymałam się tego planu, ale po pewnym czasie poczułam się nim znudzona. Były dni kiedy czułam, że stać mnie na więcej, a trening miał być lekki, ale też takie, kiedy gorzej się czułam, a w założeniu powinnam zrobić mocny trening. Zaczęłam trenować bardziej intuicyjnie, zgodnie z tym jak się czuję. W między czasie biegałam w zawodach na różne dystanse i za każdym razem udało mi się zająć jakieś miejsce w klasyfikacjach. Pod koniec września wystartowałam w maratonie warszawskim.

Miałaś jakiś cel w związku z tym startem?

Tak, chciałam pobiec poniżej 3,5 godziny. Jako totalny amator, bez zegarka, na luzie. Nie inwestowałam wcześniej w zegarek, bo myślałam, że po przebiegnięciu maratonu, zamknę sprawę biegania.

Jak wrażenia?

Biegło mi się rewelacyjnie, nie doświadczyłam żadnej ściany, wyprzedzałam wiele osób, które stawały na poboczu, bo miały kryzys. Dodatkowo motywował mnie doping ludzi kibicujących maratończykom. Wpadłam na metę przeszczęśliwa i od razu wiedziałam, że to nie był mój ostatni start. Wszystko co mnie kiedyś w maratonie przerażało, nie sprawdziło się.

Trenowałaś dalej?

Tak. Cały czas wychodziłam na treningi. Całą jesień i zimę, bez względu na pogodę.

Zawsze było tak różowo?

Niestety nie zawsze. W lutym 2016 w trakcie biegu doznałam kontuzji. Właściwie to nie wiem co dokładnie stało się z moją nogą, ale bardzo bolała. Do tego stopnia, że nie mogłam chodzić. Lekarze kazali po prostu ją odciążyć i zrezygnować z treningów, a ja za 6 tygodni miałam biec maraton w Dębnie. Miałam postanowienie, że zrobię koronę maratonów polskich.

Rozumiem, że przestałaś trenować?

Zauważyłam, że ta noga nie boli mnie bardzo kiedy jeżdżę na rowerku stacjonarnym, więc robiłam to regularnie, żeby zadbać o kondycję. Po trzech tygodniach zaczęłam już lekko biegać, a po kolejnych trzech wystartowałam w maratonie. To był mój najgorszy bieg. 42 kilometry w ciągłym stresie, że coś mi się stanie, że znowu zacznie boleć. Dobiegłam w czasie 3h29min. Następny na drodze do korony był Kraków. Pokonałam ten maraton w czasie 3 h11 min. Poprawiłam swój czas o 17 minut. Wtedy też pierwszy raz pomyślałam o pokonaniu magicznej bariery 3 godzin.

Zaczęłaś treningi pod tym kątem?

Kolega, który biegał ze mną w maratonach namówił mnie na dołączenie do grupy warszawskich biegaczy FMW Runners. Pamiętam, że podsumował to słowami „w grupie siła” i faktycznie zapisałam się wtedy. Zauważyłam ogromną różnicę między treningami indywidualnymi a grupowymi. Było wiele momentów, w których sama już dawno bym się poddała, a dzięki grupie nie rezygnowałam i stawałam się co raz mocniejsza.

Złamałaś 3 godziny?

Tak. To był maraton w Poznaniu. Miewałam chwile zwątpienia, ale cały czas powtarzałam sobie, że mam szansę, że chcę to zrobić. Chciałam pokazać osobom, które we mnie nie wierzyły, że potrafię. Zrobiłam to. W Gdańsku w 2017 roku zajęłam 2 miejsce wśród kobiet. Miałam czas 2:52:04. Moim trenerem był w tym czasie Bartek Olszewski.

Musiałaś być z siebie dumna…

Byłam na siebie zła. Prowadziłam do 31 kilometra, a później wyprzedziła mnie Kasia Pobłocka, która wygrała. Dopiero na mecie uświadomiłam sobie, że został mi zapas sił i spokojnie mogłam powalczyć do końca o pierwsze miejsce.

Co mogło Ci przeszkodzić?

Myślę, że tym razem wygrało negatywne myślenie. Straciłam w pewnym momencie wiarę w swoje możliwości.

Są jakieś konkretne sytuacje, które określasz jako trudne?

Zauważyłam, że podczas biegów, na których mi zależy łapie mnie kolka. Tak było chociażby na maratonie w Rzeszowie.

Cały czas masz poczucie, że możesz być lepsza?

Mam wrażenie, że teraz poprawa o sekundy będzie sukcesem. Wynika to z tego, że pracuję na naprawdę wysokim poziomie dla mojego organizmu.

15 kwietnia wygrałaś Maraton Gdański. Dobiegłaś jako pierwsza kobieta.

Tak, dobiegłam z czasem 2:53:59. Gorszy czas w porównaniu z rokiem 2017. To był dla mnie stresujący bieg. Obawiałam się, że w każdej chwili może mnie złapać kolka, ponieważ bardzo zależało mi na biegu. Wiedziałam też, że startuje Kasia Pobłocka, więc bałam się, że znowu mnie wyprzedzi.

Trenowałaś dalej?

Tak. Cały czas wychodziłam na treningi. Całą jesień i zimę, bez względu na pogodę.

Zawsze było tak różowo?

Niestety nie zawsze. W lutym 2016 w trakcie biegu doznałam kontuzji. Właściwie to nie wiem co dokładnie stało się z moją nogą, ale bardzo bolała. Do tego stopnia, że nie mogłam chodzić. Lekarze kazali po prostu ją odciążyć i zrezygnować z treningów, a ja za 6 tygodni miałam biec maraton w Dębnie. Miałam postanowienie, że zrobię koronę maratonów polskich.

Rozumiem, że przestałaś trenować?

Zauważyłam, że ta noga nie boli mnie bardzo kiedy jeżdżę na rowerku stacjonarnym, więc robiłam to regularnie, żeby zadbać o kondycję. Po trzech tygodniach zaczęłam już lekko biegać, a po kolejnych trzech wystartowałam w maratonie. To był mój najgorszy bieg. 42 kilometry w ciągłym stresie, że coś mi się stanie, że znowu zacznie boleć. Dobiegłam w czasie 3h29min. Następny na drodze do korony był Kraków. Pokonałam ten maraton w czasie 3 h11 min. Poprawiłam swój czas o 17 minut. Wtedy też pierwszy raz pomyślałam o pokonaniu magicznej bariery 3 godzin.

Zaczęłaś treningi pod tym kątem?

Kolega, który biegał ze mną w maratonach namówił mnie na dołączenie do grupy warszawskich biegaczy FMW Runners. Pamiętam, że podsumował to słowami „w grupie siła” i faktycznie zapisałam się wtedy. Zauważyłam ogromną różnicę między treningami indywidualnymi a grupowymi. Było wiele momentów, w których sama już dawno bym się poddała, a dzięki grupie nie rezygnowałam i stawałam się co raz mocniejsza.

Złamałaś 3 godziny?

Tak. To był maraton w Poznaniu. Miewałam chwile zwątpienia, ale cały czas powtarzałam sobie, że mam szansę, że chcę to zrobić. Chciałam pokazać osobom, które we mnie nie wierzyły, że potrafię. Zrobiłam to. W Gdańsku w 2017 roku zajęłam 2 miejsce wśród kobiet. Miałam czas 2:52:04. Moim trenerem był w tym czasie Bartek Olszewski.

Musiałaś być z siebie dumna…

Byłam na siebie zła. Prowadziłam do 31 kilometra, a później wyprzedziła mnie Kasia Pobłocka, która wygrała. Dopiero na mecie uświadomiłam sobie, że został mi zapas sił i spokojnie mogłam powalczyć do końca o pierwsze miejsce.

Co mogło Ci przeszkodzić?

Myślę, że tym razem wygrało negatywne myślenie. Straciłam w pewnym momencie wiarę w swoje możliwości.

Są jakieś konkretne sytuacje, które określasz jako trudne?

Zauważyłam, że podczas biegów, na których mi zależy łapie mnie kolka. Tak było chociażby na maratonie w Rzeszowie.

Cały czas masz poczucie, że możesz być lepsza?

Mam wrażenie, że teraz poprawa o sekundy będzie sukcesem. Wynika to z tego, że pracuję na naprawdę wysokim poziomie dla mojego organizmu.

15 kwietnia wygrałaś Maraton Gdański. Dobiegłaś jako pierwsza kobieta.

Tak, dobiegłam z czasem 2:53:59. Gorszy czas w porównaniu z rokiem 2017. To był dla mnie stresujący bieg. Obawiałam się, że w każdej chwili może mnie złapać kolka, ponieważ bardzo zależało mi na biegu. Wiedziałam też, że startuje Kasia Pobłocka, więc bałam się, że znowu mnie wyprzedzi.

Nie wyprzedziła…

Na 25 km stały mama i siostra Kasi, a ja prowadziłam. Usłyszałam jak mówią „Na pewno ją dogonią”.

To Cię podłamało?

Z jednej strony tak, przez chwilę poczułam się słabsza, ale za moment powiedziałam sobie, że muszę pokazać na co mnie stać. Finalnie te słowa mnie zmotywowały. Walczyłam.

Ciebie ktoś dopingował na trasie?

Na ostatnich kilometrach robił to mój narzeczony. Usłyszałam, że mam 40 sekund zapasu. To niewiele, ale wiedziałam, że teraz już nie mogę się poddać. Wbiegłam na metę jako pierwsza kobieta. Byłam przeszczęśliwa.

Zawsze działasz na 100%?

Są dni, kiedy mi się bardzo nie chce. Mimo wszystko, staram się trzymać planu.

Plan jest ci potrzebny?

Chcę się poprawiać, a bez planu nic nie jestem w stanie więcej ugrać na tym etapie.

Biegasz, bo…

Biegam, bo lubię i cieszę się z każdego wyróżnienia – podium, pucharu, życiówki.

Możesz powiedzieć, że bieganie to twoja pasja?

Tak, zdecydowanie.

Kiedy słyszymy, że ktoś realizuje swoją pasję to mamy wyobrażenie, że wszystko co z nią związane przychodzi mu z łatwością i zawsze dostarcza tylko przyjemnych wrażeń. Kiedy mówisz o startach, faktycznie można odnieść takie wrażenie, ale co z treningami?

Treningi nie są miłe (śmiech). Kiedy robiłam miłe treningi, nie poprawiałam swojego czasu, dopiero kiedy wyszłam z tzw. strefy komfortu, robiąc podbiegi czy interwały, rozwijałam się.

Co cię motywuje do wychodzenia ze strefy komfortu, jak to określiłaś?

Widzę, że dzięki treningom biegam lepiej. Stale poprawiam swój czas. To działa, więc po prostu je robię. Im cięższy trening, tym lepsze zawody i tego się trzymam. Nawet jak jest szalenie ciężko to wiem, że mam się trzymać planu. Nawet kiedy bardzo nie chce mi się wyjść z domu pozostaję wierna swoim założeniom. Poza tym zawsze mam jakiś cel.

Stosujesz wtedy jakieś triki motywacyjne?

Po prostu mówię sobie „Justyna, masz trenera, który w ciebie wierzy. Masz możliwości. Poza tym trening potrwa godzinę i będziesz wolna, a satysfakcję będziesz mieć z tego ogromną.”

Sukces wg Justyny to talent, szczęście czy ciężka praca?

Wiele zależy od tego czym jest dla nas sukces. Dla mnie pierwszym było przebiegnięcie maratonu i to nie sprawiło mi dużej trudności, więc myślę, że możemy to nazwać talentem. Jestem pewna, że pomogła mi kondycja, na którą regularnie pracowałam jeżdżąc rowerem i ćwicząc. Kiedy wzrosły moje oczekiwania i przedefiniowałam hasło SUKCES, zdecydowanie najważniejszą rolę odegrały ciężka praca i wytrwałość.

Czy jest w środowisku biegaczy ktoś, kto Cię inspiruje?

Tak, to Dominika Stelmach. Ma 35 lat, dwoje dzieci i dopiero teraz wzbija się na biegowe wyżyny. Ma rewelacyjne czasy : 35 minut na 10 km., 1 godzina 15 minut w półmaratonie i obecnie w planie zejście poniżej 2 godzin 30 minut w maratonie. Jej historia pokazuje mi, że jeszcze wiele mogę osiągnąć.

Twój kolejny cel?

Poniżej 2 godzin 50 minut w maratonie.

W kilku słowach, co cię motywuje do dalszej pracy?

To, że zawsze mam jakiś cel; fakt, że wierzy we mnie trener; wsparcie mojego narzeczonego; doping na trasie, ale też negatywne komentarze niedowiarków, którym staram się udowodnić, że potrafię.

Jak myślisz, co mogłoby motywować dzieci do tego, żeby podejmowały sportowe wyzwania?

Organizatorzy zawodów coraz częściej podczas biegu dla dorosłych robią także zawody dla dzieci, oczywiście na krótszych dystansach. To fajny pomysł, bo widzę, że dzieci lubią element rywalizacji w zabawie. Myślę też, że warto w takich sytuacjach dla każdego dziecka przygotować jakąś nagrodę, żeby podkreślić, że ważne jest jego zaangażowanie. Dzieci, które nic nie wygrywają bardzo to przeżywają.

A jaką rolę w takich sytuacjach odgrywają rodzice?

Pamiętam, że moi rodzice zawsze byli obecni na zawodach, w których brałam udział i myślę, że ta obecność i wsparcie bez względu na wynik są ważne. Poza tym, trzeba dziecku pokazywać, że jest się dumnym z tego co osiąga bez względu na pozycję w grupie, ale też, że poprzez pracę może poprawić swój wynik. Dobrze też, kiedy rodzice sami swoim zachowaniem dają przykład – uprawiają jakiś sport, zdrowo się odżywiają.

Z zawodu jesteś lekarzem. Czy widzisz w sobie cechy, może zachowania, które pomogły Ci zarówno w ukończeniu studiów i osiąganiu kolejnych zawodowych celów jak i w odnoszeniu sukcesów biegowych?

Myślę, że kiedy mowa o realizacji celów, to wszędzie rolę odgrywa zawziętość i upór. Mój pierwszy rok na studiach był tragiczny, przepłakałam wiele dni, ale przetrwałam i z kolejnymi latami było coraz lepiej. Medycyna była moim marzeniem i wiedziałam, że muszę pokonać przeszkody na drodze do jej ukończenia.

Dziękuję za spotkanie!

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *